Pierwszy odcinek naszej sierpniowej wyprawy rowerowej z 7-latkiem po trasach Velo Małopolska rozpoczął się w Tarnowie, gdzie zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się na rowery. Z Tarnowa ruszyliśmy na zachód przez miasto, by już za Dunajcem wjechać na drogę dla rowerów, która poprowadziła nas na północ, prawie do ujścia tej rzeki do Wisły. Tam też był pierwszy nocleg w namiocie, na polanie przy krzakach w pobliżu rzeki. Łącznie pokonaliśmy dystans blisko 46 km.
Do Tarnowa dojechaliśmy z Lublina samochodem, wstępując jeszcze po drodze na lotnisko w Rzeszowie, żeby popatrzeć sobie na duże samoloty. Zaparkowaliśmy na jednym z osiedli poza strefą płatnego parkowania, zdjęliśmy sprzęt z dachu i zaczęliśmy ogarniać wszystkie graty.

Dla Franka był to pierwszy poważny wyjazd rowerowy na własnym rowerze, na którym jazdę trenował dopiero od kilku miesięcy. Do 2023 roku, gdy jeszcze się mieścił, to podróżował w przyczepce rowerowej. W zestawie poza sakwami oczywiście nasz nieodłączny towarzysz podróży, czyli Hipolit.

Mapa pierwszego dnia wyjazdu, łącznie niecałe 46 km, w większości po asfaltowych drogach dla rowerów wzdłuż Dunajca.

Tarnów.
Jedziemy najpierw na Stare Miasto, by tam oficjalnie zacząć wyjazd. To zdjęcie pokazuję także w ramach edukacji rowerowej i baboli w polskim systemie prawnym – zgodnie z przepisami Fanek mający 7 lat pod moją opieką jest pieszym, więc powinien jechać po chodniku. Tyle że tu, powinien z prawej strony przejechać po „przejściu dla pieszych” na lewą stronę, potem wąskim chodnikiem przed wiatą, a następnie znów wrócić na prawą stronę. Nie ma to oczywiście żadnego sensu.

Tarnów.
A tu jeszcze druga sytuacja – ta „pieszość” dzieci do lat 10 pod opieką osoby dorosłej sprawia, że w tym miejscu nie powinien on jechać po ulicy. Tylko jak uczyć dzieci umiejętności jazdy rowerem, skoro do momentu uzyskania karty rowerowej w zasadzie nic im nie wolno, a to co wolno jest często bez sensu? Na ruchliwych drogach jazda chodnikiem ma sens, ale na bocznych ulicach z małym ruchem, gdzie chodniki często są wąskie i w złym stanie? Także jedziemy i uczymy się, tu np. zachowywania ostrożności względem pojazdów mogących cofać z miejsc parkingowych.

Przy Placu Więźniów KL Auschwitz znajduje się budynek mykwy, dawnej łaźni żydowskiej, zbudowanej na początku XX wieku. To jedna z niewielu zachowanych pamiątek po tarnowskich Żydach, w której do 2022 roku mieściła się restauracja Stara Łaźnia, którą swego czasu nawiedziły Kuchenne Rewolucje.

Na ścianie kamienicy przy ul. Wałowej 47 znajduje się mural przedstawiający fragment „Panoramy Siedmiogrodzkiej”, związanej z bitwą pod Sybinem w 1849 w czasie Wiosny Ludów, w której wojska węgierskie pod dowództwem gen. Józefa Bema pokonały wojska rosyjskie.
Tarnowski mural wykonano w 2017 roku, natomiast sama „Panorama Siedmiogrodzka” była dziełem namalowanym po naszej „Panoramie Racławickiej”, także we Lwowie i także przy udziale Jana Styki. I o ile nasza Panorama przetrwała w całości i można ją oglądać we Wrocławiu, to ta węgierska została później podzielona na dziesiątki mniejszych części, z których te zachowane znajdują się w Polsce i za granicą.

Obok muralu na ul. Wałowej, okalającej od północy Stare Miasto, mijamy pomnik chyba najsłynniejszego Tarnowianina – gen. Józefa Bema, dowódcy wojskowego, uczestnika Wiosny Ludów, powstania węgierskiego, bohatera Polski, Węgier i Turcji. Sam pomnik generała, odzianego w węgierski mundur, odsłonięto w 1985 roku.

Ulica Wałowa to od wielu lat tarnowski deptak, gdzie dominuje zabudowa z XIX i XX wieku, a została ona wytyczona wzdłuż dawnych wyburzonych murów miejskich.

Ulica Wałowa – patrząc w lewo (tam gdzie Stare Miasto) można dostrzec pozostałości dawnych murów miejskich tj. Półbasztę.

Ulicą Katedralną zmierzamy na Rynek. Wcześniej, na Placu Kazimierza Wielkiego, znajduje się także pomnik Adama Mickiewicza, odsłonięty w 1900 roku.

I czas na tarnowski Rynek. Serce miasta, którego lokacja miała miejsce w 1330 roku.

Rynek w Tarnowie. Renesansowe kamienice z podcieniami w północnej pierzei. Pod nr 21 mieści się Muzeum Historii Tarnowa i Regionu.

Rynek w Tarnowie.
Oficjalny start naszego wyjazdu spot pięknego ratusza, którego historia sięga przełomu XV i XVI wieku. Po XVI wiecznej przebudowie nosi on cechy zarówno gotyckie jak i renesansowe.

Wracamy przez chwilę po swoich śladach, ponownie mijając tarnowską katedrę. Historia obecnej bazylika Katedralna Narodzenia Najświętszej Maryi Panny sięga początków XIV wieku, a obecny kształt jest wynikiem licznych przebudów na przestrzeni wieków, w tym ostatnich – wyraźnie zarysowujących formę neogotycką. We wnętrzu znajduje się m.in. XVI wieczny pomnik nagrobny hetmana Jana Tarnowskiego, autorstwa słynnego Jana Marii Padovano.

Zjeżdżamy ul. Batorego w dół ze Starego Miasta i mijamy po prawej Koci Zamek, wybudowany w 1893 roku.

Infrastruktura rowerowa w Tarnowie dopiero podnosi się po długich latach zapaści i kostkowo-krawężnikowego dramatu, więc z przyjemnością korzystamy z asfaltowej drogi dla rowerów. Aha – tu oczywiście wg polskich wybitności prawnych dziecko nie może jechać po drodze dla rowerów…

Tuż przed Zakładami Azotowymi w Tarnowie przejeżdżamy nad rzeką Białą, to liczący 102 km prawy dopływ Dunajca mający swoje źródła w Beskidzie Niskim. Doliną Białej biegnie na długim odcinku m.in. linia kolejowa z Tarnowa do Nowego Sącza.

Żegnamy się z Tarnowem. Tu też widać te babole w infrastrukturze – z jednej strony asfaltowa nawierzchnia, z drugiej brak ciągłości i kostka na zjazdach.

Wjeżdżamy na most na Dunajcu, gdzie wjedziemy już na szlak rowerowy Velo Dunajec. I w zasadzie to tyle będzie z samej rzeki, bo VD do ujścia Wisły biegnie po wale w pewnym oddaleniu od rzeki.
Dunajec ma 247 km i wpada do Wisły 30 km na północ od Tarnowa koło Opatowca. Tu widok na południe, gdzie w oddali majaczą już tereny Pogórza Ciężkowickiego (po lewej) i Pogórza Wiśnickiego (po prawej).

Pod nami Velo Dunajec na lewym wale rzeki. W kierunku południowym można stąd dojechać drogą dla rowerów do DK94, a dalej w stronę Szczawnicy niestety są jeszcze duże strategiczne przerwy.

Zjechaliśmy z mostu na Dunajcu i wjechaliśmy na Velo Dunajec. Od tego miejsca z dwoma przerwami aż do ujścia Wisły trasa biegnie po asfaltowej drodze dla rowerów.

Velo Dunajec. Odcinek Tarnów – Wietrzychowice.

Pierwsza nasza próba poszukania sklepu, ale nieskuteczna. Ogólnie przy samej trasie ciężko coś kupić i trzeba czasami kawałeczek zjechać w bok.

To był 15 sierpnia, więc dzień wolny od pracy, piękna pogoda, także ruch rowerowy był spory. To co jest piękne, to że nikt nie zniszczył przyjemności jazdy poprzez zrobienie tu barierek.

W kolejnej wsi zjeżdżamy i szukamy następnego sklepu. Ale i ten sklep też zamknięty, więc Krzysiek pojechał jeszcze dalej, a my czekaliśmy zajadając pyszne winogrona.

Życzmy sobie, żeby kiedyś całą Polskę dało się bezpiecznie z dziećmi przejechać po asfaltowych drogach dla rowerów.

Przed nami pierwszy odcinek gdzie kończy się asfalt na wale i trzeba zjechać na ogólnodostępną drogę. Ale ruch jest tam bardzo mały.

W Biskupicach Radłowskich, gdzie znów wrócimy na asfaltową drogę dla rowerów, znajduje się Pomnik Bohaterów Września.

W Biskupicach Radłowskich w dniach 7-8 września 1939 r. rozegrała się bitwa, której celem była obrona mostu na Dunajcu, służącemu ewakuacji polskich wojsk na linię Sanu. Przy pomniku jest też taras widokowy, ale rzeki też nie widać, bo do koryta za krzakami jest ponad 160 m.

Tablica pamiątkowa przy pomniku w Biskupicach Radłowskich.

Tuż za pomnikiem w Biskupicach Radłowskich wracamy na wał Dunajca.

Velo Dunajec.
Im dalej było od Tarnowa i im niżej było słońce na niebie, tym mniej było i rowerzystów. Na długich odcinkach byliśmy już sami, słychać było tylko przyrodę, a jazda była samą przyjemnością.

Rzut oka w prawo (na wschód). Tam gdzie widać krzaki płynął Dunajec.

Dużo znaczków, ale przy takim standardzie trasy mogą być. Gorsze są ambitne znaki szlaków rowerowych namalowane na drzewach, gdy tzw. trasa rowerowa jest reprezentowana przez 20 cm kopnego piachu.

Na wszystkich wyprawach rowerowych najbardziej lubię te ciepłe wieczory i ostatnie kilometry przed noclegiem. Takie poza czasem i przestrzenią, z dala od całego bełkotu Internetu i polityki.

A tu sportowa ciekawostka. Po drugiej stronie Dunajca, ok. 1,5 km w prostej linii, widać stadion zespołu Bruk-Bet Termalica w Niecieczy.

W Pasiece Otfinowskiej przy Velo Dunajec mijamy cmentarz wojenny nr 256, gdzie pochowani są żołnierze armii austro-węgierskiej polegli w 1914 i 1915 roku. Przy cmentarzu znajduje się skrzyżowanie, skąd można pojechać na przeprawę promową Pasieka Otfinowska-Otfinów. Krzysiek pojechał tam na chwilę strzelić fotkę, my z Frankiem poczekaliśmy na trasie, gdyż ja miałem okazję korzystać z tej przeprawy podczas innej wycieczki w majówkę 2024 r.

Jedziemy i jedziemy, młody daje radę i nie marudzi.

W Wietrzychowicach po raz drugi kończy się asfalt na wale Dunajca. Tu też łączymy się już z Wiślaną Trasą Rowerową, która przekracza Dunajec przeprawą promową Siedliszowice-Wietrzychowice.

Są i znaczki WTR.

Wietrzychowice. Za kolumną kościół Wniebowzięcia NMP.

Velo Dunajec / WTR na tym odcinku biegną po drodze publicznej, ale my w pierwszym możliwym miejscu wróciliśmy na wał, by poszukać jakiegoś miejsca na nocleg.

Ujechaliśmy dosłownie kawałek, gdy poniżej wału zobaczyliśmy to:

Był to dawny cmentarz w Wietrzychowicach, na którym pochówki zakończyły się w 1907 roku. Walki podczas II wojny światowej doprowadziły do bardzo dużych zniszczeń, w tym kaplicy Trójcy Świętej. Widoczna brama została ufundowana przez polonię z Ameryki już po II wojnie.

Stary cmentarz w Wietrzychowicach.
To co robiło największe, lekko jak z horroru, wrażenie, to (ponoć) fragmenty dawnych nagrobków poprzybijane do drzew.

Na starym cmentarzu w Wietrzychowicach nie zachowało się dużo nagrobków, ale na niektórych można bez trudu odczytać inskrypcje.




Okolice starego cmentarza nie były jednak zbyt zachęcające do spania w namiocie, więc opuściliśmy Wietrzychowice i pojechaliśmy jeszcze dalej na północ.

Miejsce na nocleg znaleźliśmy ok. 3 km przed ujściem Dunajca do Wisły, na niezabudowanym odcinku pomiędzy wsiami Demblin i Pałuszyce. Zjechaliśmy z wału na międzywale i schowaliśmy się nieco za krzakami. Gdy namioty już stały, oczywiście nie mogliśmy zrobić tego, co lubimy najbardziej – ogniska.

Okolica była ok na spanie, ale niekoniecznie obfitowała w materiał na ognisko. Tak czy inaczej – piły i siekiery w garść, a my ruszamy na poszukiwanie rozpałki. Pewnie nie każdy to lubi, ale chodzenie w nocy z latarkami w dziczy ma swój niesamowity klimat.

Tej nocy księżyc świecił całkiem mocno.

Wreszcie udało nam się znaleźć kawałek ułamanej grubej i uschniętej gałęzi drzewa, która po upiłowaniu i przytarganiu pod namioty dała nam paliwo na ognisko.

Na każdym wyjeździe rowerowym z noclegiem pod namiotem zawsze trzeba wozić kiełbasę. Bo w końcu co to za ognisko bez kiełbasy, najlepiej takiej dobrze przypieczonej. W ten sposób zamknęliśmy więc pierwszy dzień wyprawy. Po 23, najedzeni i zadowoleni z czasu spędzonego przy ognisku, poszliśmy spać.

Koniec cz. 1