Włoskie rowerowe wakacje [2023] Zapowiedź

Nie ma kraju na świecie który bardziej kochamy niż Włochy, a że ten rok jest ostatnim w którym młodszy syn jeździ w przyczepce rowerowej, to i po zmianie planów pojechaliśmy właśnie do Italii. Wyjazd trwał 17 dni, z czego 12 we Włoszech. Była słynna Via Alpi Adria na najpiękniejszym odcinku po Pontebbanie oraz trasa (okrojona) wzdłuż Adygi w Alpach i spanie w namiotach. Poza nimi, nie tylko rowerowo, włoskie klasyki – Wenecja, Bolonia, Padwa i Werona, a także Rovereto i na chwilę Riva del Garda. Na dojeździe Wiedeń, a na powrocie Słowenia i skocznie w Planicy.


Co prawda była koncepcja, żeby pojechać pociągiem, ale brak możliwości przewozu przyczepek w austriackich RailJetach i parę innych powodów zdecydowało, że z Lublina do Arnoldstein w Austrii przy granicy z Włochami pojechaliśmy samochodem.


Po noclegu na Śląsku u rodziny drugiego dnia przez Brno dojechaliśmy do Wiednia. Nocowaliśmy na bardzo przyjemnym campingu Wien Neue Donau, a późnym popołudniem wybraliśmy się na rowerową wycieczkę do centrum miasta.


Trzeciego dnia ruszyliśmy autostradą A2 z Wiednia w kierunku Grazu, a następnie przez Klagenfurt i Villach dotarliśmy do Arnoldstein. Zostawiliśmy samochód przy stacji kolejowej, załadowaliśmy sakwy na rowery i ruszyliśmy na słynną Via Alpi Adrię, mając na starcie trochę kilometrów jeszcze pod górkę.


W końcu dotarliśmy do granicy austriacko-włoskiej, gdzie strzeliliśmy zdjęcie przy słynnej tablicy, która w ostatnim roku króluje na polskich grupach rowerowych <3


Jadąc dalej Alpi Adrią już przez Włochy, a jeszcze przed Tarvisio, trafiliśmy na polankę przy drodze, na której nocowała para Niemców podróżujących busem. Rozbiliśmy się więc namiot koło nich i spędziliśmy bardzo przyjemną noc w górach.


Dzień czwarty i drugi na bajecznej Alpi Adrii.


Via Alpi Adria. Chorowałem na tą trasę chyba z 5 lat i jak ktoś się zastanawia czy warto to niech się nie zastanawia ani sekundy.


Via Alpi Adria. Przerwa na jednej z wielu dawnych stacyjek – tu Ugovizza, na której funkcjonuje gastronomia. I pierwszy z wielu Aperolów na wyjeździe.


Via Alpi Adria. Wreszcie zaczęły się tunele, gdzie lodówka zastępowała piekarnik.


Co punkt, to zdjęcia. Tą trasę trzeba przejechać kilka razy w tym raz „z górki” non stop.


Słynny wodospad przed Chiusaforte.


Via Alpi Adria. Stazione Chiusaforte, piękne miejsce, tam też można za co łaska rozbić się z namiotem. Byliśmy chętni, ale było jeszcze za wcześnie na biwak. Tam też spotkaliśmy jednych z wielu Polaków na trasie, parę z Trójmiasta (pozdrawiamy, jeżeli przeczytają 😉 )


Ostatecznie rozbiliśmy się przy samej trasie rowerowej koło budynku dawnej stacji Moggio.


Via Alpi Adria. Trzeci dzień na trasie i piękne i bardzo znane miasteczko Venzone, zniszczone i odbudowane po trzęsieniu ziemi.


Via Alpi Adria. Dosyć długo szukaliśmy dobrego miejsca na obiad nad rzeką Tagliamento i trafiliśmy na takie przed Osoppo – w Google do znalezienia jako Pineta Beach. Świetna i ciepła woda do kąpieli, a w zagajniku można się rozbić z kuchenką. Miło było ale się skończyło, bo późnym popołudniem dopadła nas burza i było trochę stresu podczas ucieczki przed sztormowym wiatrem polnymi drogami. Tą noc, chroniąc się przed deszczem i burzą, spędziliśmy na uzasadnionym nielegalu za barem pod jakąś wiatą jakiegoś klubu z Udine pośrodku niczego.


Via Alpi Adria. Naszym celem było Udine, do którego dotarliśmy zgodnie z planem po przejechaniu 130 km z Arnoldstein. Szlak leci stąd dalej na południe i kończy się w Grado nad Morzem Adriatyckim.


Verona Porta Nuova.
Z Udine planowaliśmy transfer 3 pociągami do leżącego w Trentino Rovereto. Niestety, o ile włoska kolej jest ogólnie bardzo spoko, to dostępność dworców to dramat (w Polsce po super „modernizacjach” jest to samo). Przesiadka w Wenecji Mestre wykończyła mnie psychicznie i fizycznie, ciasne windy, kolejki, do tego pociąg który w ostatniej chwili zmienił peron – miałem ochotę kogoś ubić. W Weronie P.N. to samo, 25 min. zajęło żeby zmienić peron… Jak ktoś jedzie z przyczepką i dziećmi z rowerami, niech bierze to pod uwagę.


Rovereto.
Do Rovereto przez cyrk z pociągiem w Mestre dotarliśmy z opóźnieniem 1,5 godziny, trafiając dodatkowo w wieczorną burzę. Następnego dnia mieliśmy ruszyć rowerami na trasę wzdłuż Adygi do Werony, ale Frankowi nawalił ząb i dostał temperatury, a mnie też dopadła niemoc po targaniu rowerów po dworcach kolejowych. Także odpuściliśmy jazdę, z samego rana zarezerwowaliśmy kolejny nocleg na 2 doby (nieplanowane 1000 zł extra, ale siła wyższa) i spędziliśmy 5 godzin leżąc po prostu w parku pomiędzy wykwaterowaniem a zakwaterowaniem (na tej samej ulicy, ale inny numer).


Rovereto.
Kolejny dzień również był bez jazdy rowerem, ale wybraliśmy się trochę pozwiedzać miasto. Skończyliśmy dosyć szybko, bo przyszła kolejna burza (ogólnie z burzami w tym roku byłą jakaś masakra w północnych Włoszech).


Rovereto.
Mając całe mieszkanie dla siebie, Tomeczek zrobił dla wszystkich obiad.


Riva del Garda.
Mimo, że Franek nie był jeszcze w pełni sił, wybraliśmy się komunikacją podmiejską nad Jezioro Garda.


Riva del Garda.
Pobyliśmy tam trochę i wróciliśmy autobusem do Rovereto.


Trasa wzdłuż Adygi – Via Claudia Augusta.
Ponieważ nie było już opcji żeby robić całą trasę Rovereto – Werona, postanowiliśmy przejechać chociaż kawałek – 20 km, do miasteczka Ala i stamtąd złapać pociąg do Werony.


Trasa wzdłuż Adygi, Rovereto – Ala.
To jest kolejne włoskie mistrzostwo, góry, winnice i asfaltowa droga dla rowerów.


Stacja Ala.
Tymczasem nie skończyły się nasze przygody z kolejami włoskimi. Na stacji Ala próbowaliśmy wsiąść do pociągu do Werony, ale nie było istotne że jest prawie pusty a w przedziale rowerowym zmieścilibyśmy się mając drugie tyle rowerów. Typ przybiegł i nas po prostu wyrzucił „bo nie ma już miejsc” na rowery. Zero dyskusji, trochę żałuję, że odpuściłem, bo takiego pustego służbisty nie spotkałem nigdy w całej historii podróży kolejowych w Europie i Azji. Także pojechaliśmy dopiero kolejnym pociągiem, na stojąco w dzikim tłumie.


Werona.
Dotarliśmy wreszcie do miasta Romea i Julii, a że planowaliśmy spać na Campingu Castel San Pietro, to czekała nas ostra górka na koniec. Droga była na tyle stroma, że wjeżdżałem po kolei wszystkimi rowerami i wepchałem przyczepkę. Zeszło sporo czasu, a upał dał popalić.


Werona.
Wieczorem gdy najgorszy upał się skończył, poszliśmy na piechotę na miasto razem z kuzynem który z całą rodziną dojechał do nas znad Gardy.


Padwa.
Kolejnego dnia znów wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy do Padwy, gdzie mieliśmy wynajęty nocleg na 4 kolejne noce. Wieczorem skoczyliśmy na mszę do bazyliki św. Antoniego.


Padwa.
Wieczór na mieście przy pizzy, słuchając muzyki oraz zachwycając się architekturą Palazzo della Ragione.


Kolejnego dnia znów wyskoczyliśmy pochodzić po Padwie, przy okazji spotykając się „na chwilę” z kolegą przewodnikiem z Lublina, który był na wakacjach we Włoszech. Z Padwy po południu pojechaliśmy pociągiem do Wenecji na wieczorny spacer po bocznych zaułkach.


Wenecja.
Piękne pamiątki, ale chyba tylko cud by pomógł, żeby w sakwach rowerowych dojechały do samochodu, a potem do Lublina.


Wenecja.
Coś co nas urzekło i nie tylko nas – miejscowi chłopcy grali w piłkę kopiąc ją przez kanał. Gdy wpadła do wody – byli na to od razu przygotowani.


Bolonia.
Kolejnego dnia pojechaliśmy pociągiem z Padwy na cały dzień do Bolonii. Rano w północnych Włoszech były bardzo duże opóźnienia pociągów, nocny NightJet z Wiednia do Rzymu miał ponad 10h opóźnienia. Winne były burze, tej nocy nad Gardą i nie tylko przetoczyły się burze z gradem wielkości piłek do tenisa. Zdemolowało tysiące samochodów, w tym kemping w Peschiera del Garda na którym był mój kuzyn – ta sytuacja niestety przerwała ich urlop i musieli z marszu wracać uszkodzonymi samochodem i przyczepą do Polski.


Bolonia.
Przyjechaliśmy tam zwłaszcza dla słynnych wież. I ta największa Asinelli robi niesamowite wrażenie, tym bardziej że jest z XII wieku i zbudowano ją z cegły.


Bolonia to miasto nie tylko słynnego uniwersytetu, ale i miasto czerwonej cegły.


Wenecja.
Po jednym dniu przerwy znów wracamy pociągiem do Wenecji i od razu płyniemy na Murano, wyspę słynąca z wyrobów szklanych.


Wenecja.
Wracamy na główną część Wenecji od strony ogrodów, mijając Arsenał.


Wenecja.
Dzień wcześniej kupiliśmy online bilety do Bazyliki św. Marka, żeby nie stać w kolejce, więc to warunkowało plan zwiedzania. Wróciłem tam do środka po 23 latach i dalej jest wielkie wow.


Wenecja.
Plac Św. Marka i jeden z najbardziej niesamowitych kościołów świata – San Marco.


Po obiedzie i zwiedzaniu bazyliki wzięliśmy vaporetto i popłynęliśmy na Lido di Venezia, by dzieciowe mogły się trochę pobawić w wodzie.


Wenecja.
Wieczorny powrót z Lido na dworzec Santa Lucia. Mogliśmy popłynąć szybciej, ale Dorota i Franek byli w Wenecji pierwszy raz, więc to była ostatnia możliwość na tym wyjeździe popłynąć Canale Grande.
Swoją drogą w vaporetto miałem za plecami dwóch nieznających siebie Rosjan którzy się spotkali na łodzi. Długo rozmawiali, dało się odczuć że mają pod górkę przez unijne szlabany i sankcje, ale ani słowem nie wychylili się na poglądy polityczne (Putin, wojna, Ukraina).


Powrót z Padwy do Tarvisio.
Mając z tyłu głowy problemy z rowerami na dworcach (w super fajnych pociągach Hitachi tez zresztą nie jest lekko), pojechaliśmy z Verony odpowiednio wcześniej, by na pociąg do Udine przesiadać się na Venezia Santa Lucia, gdzie nie ma wind bo dworzec jest czołowy. W pociągu Wenecja – Udine jechaliśmy identycznym składem, z jakiego wywalił nas pan służbista – w nim tez rowerów było więcej niż wieszaków i nie był to żaden problem. Co więcej – bardzo spoko konduktor nawet postawił na nogi rower, który fiknął koziołka w czasie jazdy.
W Udine mając 1,5h przerwy skoczyłem do knajpy po jedzenie, więc obiad mieliśmy na peronie.


Pociąg Udine – Tarvisio.
Jechały dziesiątki rowerów, były w całym składzie. Innych pasażerów prawie nie było.


Tarvisio.
Wysiedliśmy na końcowej stacji Tarvisio Boscoverde, podskoczyliśmy do centrum na zakupy i wróciliśmy na Via Alpi Adrię. Parę km jechaliśmy „pod prąd” względem trasy z początku wyjazdu, by na widocznym zakręcie odbić na wschód w kierunku Słowenii (prosto była Austria i Arnoldstein).


Po kilkunastu km jazdy z wielkim smutkiem opuściliśmy Italię i wjechaliśmy do Słowenii.


Słowenia.
Patrząc w stronę gór po paru km dojeżdża się do kompleksu sportowego w Planicy. Przez opóźnienie pociągu z Udine (prawie godzina) przełożyliśmy wizytę na skoczni na kolejny dzień. Trochę później dotarliśmy do Kranjskiej Gory na znany kemping Natura Eco Camp.


Granica słoweńsko-austriacka.
Ponieważ samochód był w Austrii, a droga przez góry była może nie tyle długa (20 km), co bardzo stroma (a zjazd do Austrii jeszcze lepszy), więc po rozbiciu namiotu pojechałem na lekko do Arnoldstein. Była już noc, gdy wróciłem do Kranjskiej Gory. Samochód stał 12 dni pod dworcem i nic mu się na szczęście nie stało.


Kranjska Gora, Słowenia.
Młodszy obywatel rozbiera namiot, rowery na dach i jedziemy do Planicy.


Planica.
W sumie nie wyszło źle, bo gdybyśmy byli tu z sakwami na rowerach, nie byłoby jak pójść na górę. A tak..


A tak poszliśmy. I naprawdę warto! Dla chętnych jest tyrolka, czas jazdy z góry skoczni na sam dół to aż 40 sekund. 


Z Planicy ruszyliśmy samochodem do Austrii, pomału kierując się do Wiednia, gdzie ponownie zanocowaliśmy na Neue Donau Camping. Koło nas stał holenderski samochód z bardzo fajną maską.


Wiedeń.
Jako takiego zwiedzania już nie było w planie, ale skoro i tak jechaliśmy w kierunku Bratysławy, to odwiedziliśmy na pół godziny Zentralfriedhof, gdzie pochowani są m.in. Beethoven czy Straussowie.


Słowacja.
Do Polski szybciej wraca się przez Brno, ale dla odmiany pojechaliśmy przez Słowację. Całe lata nie jeździłem już drogą przez Żilinę i Dolny Kubin więc znów były góry i słowackie motoraki. Po noclegu pod Krakowem u rodziny następnego dnia wróciliśmy do Lublina.
Łącznie pokonaliśmy 240 km na rowerach, 2448 km samochodem i nie wiem ile pociągami.
Wyjazd bardzo udany, ale w końcu to Italia <3 Więcej szczegółów w pełnej relacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *