W poniedziałek wróciliśmy z synem z 17-dniowej wyprawy kolejowej po Europie, zorganizowanej na promocyjnym bilecie Interrail, kupionym z okazji 50-lecia tej oferty. W tym czasie przejechaliśmy 11 krajów, podróżowaliśmy 54 pociągami i razem z kilkoma odcinkami autobusowymi pokonaliśmy ponad 6000 km. Najważniejsze pociągi, którymi udało się nam przejechać to: francuskie TGV, włoskie Frecciarossa i Frecciargento, austriacki RailJet, oraz ten najpiękniejszy, czyli słynna szwajcarska Bernina Express. W planie było także niemieckie ICE, ale poczeka na następny raz
Dziś „krótka” foto-zajawka z wyjazdu jako zachęta dla tych, którzy się wahają czy warto. A warto!
Trasa wyprawy była następująca:
Lublin – Kraków – Wiedeń – Bischofshofen – Innsbruck – Monachium – Oberstdorf – Lindau (Jezioro Bodeńskie) – Feldkirch – Schaan – Sankt Moritz – Tirano – Mediolan – Werona – Padwa – Wenecja – Rzym – Watykan – Lido di Ostia – Florencja – Piza – Genua – Monako – Nicea – Paryż – Bruksela – Amsterdam – Hoorn – Berlin – Kostrzyn – Lublin.
Wyjazd był dosyć intensywny, ale bardzo udany. 13 nocy spędziliśmy korzystając z hoteli, hosteli lub pensjonatów, 1 w pociągu, 1 u przyjaciół i tą ostatnią – która podsumowała wyjazd – łapiąc stopa w Kostrzyiu, gdy nawalił pociąg z Berlina i musieliśmy w nocy dojechać jakoś do Gorzowa Wlkp. Tam uratował nas dobry samarytanin – mieszkający w Polsce Ukrainiec, który poświęcił swój czas i paliwo, by w ten sposób podziękować Polakom za pomoc jaka otrzymał po wybuchu wojny ![]()


Dzień 1. Wyjazd z Lublina do Krakowa.

Dzień 1.
Do wieczora jesteśmy w Krakowie, w ciągu dnia spędzamy czas z rodziną a wieczorem na spacerze przez to najwspanialsze polskie miasto.

Dzień 2.
Z Krakowa wyjeżdżamy nocnym IC Chopin do Wiednia. Nad ranem w czeskim Brzecławiu trwają manewry, bo Chopinem jadą też wagony do Budapesztu.

Dzień 2.
O 7 rano jesteśmy w Wiedniu.

Dzień 2.
Cały dzień spędzamy na zwiedzaniu Wiednia. Kahlenberg, Schonbrunn i oczywiście spore centrum.

Dzień 3.
Bardzo wcześnie rano wsiadamy w RailJeta Wiedeń – Zurich, którym dojeżdżamy do Salzburga. Sam pociąg jest świetny.

Dzień 3.
W Salzburgu wsiadamy do Intercity i jedziemy do Bischofshofen. Tu już zaczynają się Alpy, a trasa wiedzie wzdłuż rzeki Salzach.

Dzień 3.
Tomek koniecznie chciał podczas wyjazdu odwiedzić trochę skoczni narciarskich, więc postawiliśmy na Turniej Czterech Skoczni. Tu pierwsza z nich – dosyć kameralna Bischofshofen. Co prawa lał deszcz, ale było fajnie.

Dzień 3.
Po bardzo krótkim pobycie w Bischofshofen pociągami regionalnymi z przesiadką w Woergl dojechaliśmy do Innsbrucka. Miasto jest fantastycznie położone, a wydanie 15 Euro (10+5) by zobaczyć widok z samej góry Bergisel jest zdecydowanie warte.

Dzień 3.
Po Innsbrucku planowaliśmy jeszcze wizytę na skoczni w Garmisch-Partenkirchen, ale przez problemy i zamotki na autobusowej komunikacji zastępczej do Niemiec (roboty torowe i naprawa linii po wypadku kolejowym z końca czerwca) Ga-Pa widzieliśmy tylko z daleka.

Dzień 3.
Późnym wieczorem docieramy wreszcie do Monachium, gdzie mamy drugi nocleg.

Dzień 4.
Monachium nie planowaliśmy zwiedzać, więc po odespaniu poprzedniego dnia ruszyliśmy do Oberstdorfu. Ponieważ pociąg z Monachium się spóźnił, mieliśmy godzinę czekania w Memmingen, co wykorzystaliśmy na zjedzenie dobrego śniadania na peronie.

Dzień 4.
Pięć skoczni w Oberstdorfie. Niestety skocznia mamucia jest w innym miejscu, i nie było już czasu by ją zobaczyć. Ale za to poszliśmy „w góry”.

Dzień 4.
Nieco powyżej i z boku skoczni w Oberstdorfie są ładne trasy spacerowe, warto też odwiedzić widoczny wodospad.

Dzień 4.
Z Oberstdorfu bocznymi liniami dojechaliśmy do Lindau nad Jeziorem Bodeńskim. Na wprost jest Szwajcaria, po lewo niewidoczna Austria. My jeszcze chwilę w Niemczech.

Dzień 5.
Trzeci nocleg był w Feldkirch, miasteczku położonym na samym końcu Austrii. Z dachu naszego pensjonatu widać było zarówno Szwajcarię jak i Liechtenstein.

Dzień 5.
W Liechtensteinie byliśmy góra godzinę, tam też zamieniliśmy pociąg na autobusy komunikacji miejskiej, którymi od noclegu przez pół godzinne zwiedzanie Schaan dojechaliśmy na koniec do Buchs w Szwajcarii. Księstwo ma wspaniały system transportu miejskiego, obsługiwany m.in. polskimi Solarisami.

Dzień 5.
W Buchs leżącym nad Renem ponownie wsiadamy do pociągu i zaczyna się całodzienna szwajcarsko-alpejska przygoda.

Dzień 5.
W pociągu Chur – Sankt Moritz.

Dzień 5.
W pociągu Chur – Sankt Moritz.
Bajkowe krajobrazy, obiekt westchnień z dawnych lat, gdy w telewizji leciały programy o podróżach najpiękniejszymi liniami kolejowymi w Szwajcarii.

Dzień 5.
W Sankt Moritz kolejna przesiadka, na wąskotorową linię do Tirano. Tu zaczyna się najwspanialszy kolejowy odcinek całej wyprawy – trasa Bernina Express.

Dzień 5.
Podróż Bernina Express z Sankt Moritz do Tirano.

Dzień 5.
Podróż Bernina Express z Sankt Moritz do Tirano.
Ta linia to mistrzostwo świata.

Jesteśmy na wysokości około 2250 m n.p.m., dookoła nas wysokie góry i alpejskie lodowce. To trzeba zobaczyć!

Minęliśmy przełęcz Bernina, teraz długi zjazd serpentynami w dół.


Dzień 5.
Podróż Bernina Express z Sankt Moritz do Tirano.
Największe góry za nami, ale z Alp jeszcze nie wyjeżdżamy.

Dzień 5.
Przed samym Tirano wjechaliśmy do Włoch. Z uwagi na remont linii do Colico była komunikacja zastępcza, ale od Colico do Mediolanu ponownie pociąg. Wtedy też przez dłuższy czas jechaliśmy wzdłuż Jeziora Como.

Dzień 6.
W Mediolanie mieliśmy dwa noclegi, żeby mieć cały jeden dzień na zwiedzanie. Miasto ładne, ale łatwiej się w nim ubrać niż coś zjeść. Katedrę oczywiście zwiedziliśmy, byliśmy też na dachu.

Dzień 6.
Mediolan. Po pewnych problemach z lokalami gastronomicznymi, kolację zjedliśmy w bardzo miłej pizzerii.

Dzień 6.
Druga część zwiedzania Mediolanu odbyła się w zasadzie nocą, wtedy też doszliśmy do bazyliki Santa Maria delle Grazie, w której znajduje się słynna Ostatnia Wieczerza Leonardo da Vinci.

Dzień 7.
Pożegnaliśmy Mediolan i porannym regio pojechaliśmy do Werony.

Dzień 7.
W Weronie byłem pierwszy raz, a miasto Romea i Julii mnie zachwyciło. Tam po raz pierwszy poczułem, że pędzimy i że odbywa się to kosztem miejsc które odwiedzamy. Dlatego też w Weronie zostaliśmy o 2 godz. dłużej, bo tyle można było urwać z planu na Padwę.

Dzień 7.
Wydłużenie Werony sprawiło, że w Padwie pojechaliśmy wyłącznie do bazyliki św. Antoniego. Już bez zostawiania plecaków w przechowalni, po prostu tramwajem w tą i z powrotem z dworca kolejowego.

Dzień 7.
No, poza zwiedzaniem bazyliki św. Antoniego, odwiedziliśmy naturalnie towarzyszący jej sklepik. Piękna książeczka to była, gorzej że mój włoski jest na poziomie jednej dziesiątej A1.

Dzień 8.
Wieczorem dojechaliśmy do Mestre, gdzie znów mieliśmy przewidziane dwa noclegi, tak by mieć cały pełny dzień na Wenecję. Zwiedzanie podzieliliśmy na dwie części, pierwsza obejmowała przejście piesze z dworca Santa Lucia na Plac Św. Marka.

Dzień 8.
Wenecja. Po wielu godzinach chodzenia wróciliśmy po południu tramwajem wodnym na dworzec, a potem pociągiem do Mestre.

Dzień 8.
Wenecja. Po kilku godzinach odpoczynku ponownie podjechaliśmy pociągiem z Mestre na Santa Lucia, a potem tramwajem na Lido di Venezia, gdzie Tomeczek miał kwadrans na wieczorno-nocną kąpiel w Morzu Adriatyckim. Po tym wróciliśmy „do centrum” odbyliśmy nocny spacer po Wenecji i ostatnim pociągiem wróciliśmy do Mestre na nocleg.

Dzień 9.
Wcześnie rano idziemy na dworzec Mestre i wsiadamy do pięknie zaprojektowanej i bardzo komfortowej Frecciarossy 1000, którą jedziemy do Rzymu.

Dzień 9.
Jedziemy Frecciarossą z Wenecji do Rzymu, przez Bolonię i Florencję. Sądziłem, że na tej trasie jeżdżą one 300 km/h, ale między Bolonią i Rzymem jest tylko 250 km/h. Najwyższa zanotowana prędkość wyniosła 252 km/h.

Dzień 9.
Nie ma jeszcze południa, gdy jesteśmy już na Termini w Rzymie. Włoskie szybkie koleje są suuuuuper.

Dzień 9.
Zostawiliśmy rzeczy w hotelu koło dworca Ostiense, zrobiliśmy brejka i pojechaliśmy w kierunku Watykanu. Zjedliśmy obiad w okolicy i poszliśmy na mszę do bazyliki a potem na zwiedzanie jej samej.

Dzień 9.
Wnętrze bazyliki św. Piotra. Odwiedziliśmy także podziemia.

Dzień 9.
Watykan. Być w Rzymie i nie odwiedzić miejsc związanych z Aniołami i Demonami? Nie da się 😀

Dzień 9.
Po odwiedzeniu Watykanu wsiedliśmy w pociąg podmiejski i pojechaliśmy do Lido di Ostia. Tomek był bardzo zadowolony, bo mógł kilka godzin posiedzieć w Morzu Tyrreńskim. Do Rzymu wróciliśmy bardzo późno, długo po zachodzie słońca.

Dzień 10.
Rzym. W Wiecznym Mieście też mieliśmy dwa noclegi, więc drugi cały dzień przeznaczyliśmy na spacer po mieście. Naturalnie po łebkach, bo kiedyś byliśmy 10 dni a i tak nie widzieliśmy wszystkiego. Ale i tak, każda godzina w Rzymie jest jak złoto.

Dzień 10.
Rzym. W miejscowym sklepie LEGO na ścianie znajdowała się wspaniała mozaika przedstawiająca fontannę di Trevi. Zrobienie sobie takiej w domu pewnie kosztowałoby więcej niż cały wyjazd…

Dzień 11.
Niestety musimy opuścić Rzym, tym razem dla porównania wybrałem Frecciargento, którym pojedziemy do Florencji. Da się taniej (bez dopłaty 10E/miejsce) pojechać regionalnymi, ale trwa to 3 razy dłużej, więc szkoda czasu który przeznaczyliśmy potem na zwiedzanie.

Dzień 11.
Po dojechaniu do Florencji ruszyliśmy na spacer po centrum. Jedynym kościołem do którego weszliśmy było San Lorenzo, gdzie znajduje się m.in. grób Donatella.

Dzień 11.
Imponująca katedra Santa Maria del Fiore we Florencji.

Dzień 11.
Rzeka Arno i Ponte Vecchio we Florencji.

Dzień 11.
Z Florencji robimy szybki transfer do Pizy.

Dzień 11.
Z Pizy z przesiadką w La Spezi jedziemy do Genui. Trasa wzdłuż Morza Liguryjskiego i Cinque Terre wydawała się bardzo atrakcyjna, ale niestety większość widoków to tunele, a nie morskie wybrzeże.

Dzień 11.
Na wieczór docieramy do Genui, portowego miasta związanego z Krzysztofem Kolumbem. Tu koniecznie trzeba kiedyś wrócić na dłużej, bo tyle co się szwendałem wieczorem po zaułkach, to jak nic czułem klimaty Indii.

Dzień 12.
Z Genui ruszamy pociągiem do Ventimiglii, mijając po drodze m.in. Sanremo. Tam przesiadamy się na francuskie regio, bo granica tuż tuż.

Dzień 12.
Co prawda wjechaliśmy do Francji, ale po drodze mieliśmy jeszcze Księstwo Monako.
Tam niestety NIE MA przechowalni bagażu, więc nie było wyjścia i trzeba było z ciężkimi plecakami chodzić po Monte Carlo, w tym wchodzić na górę na której znajduje się Pałac Książęcy.

Dzień 12.
Nowa stacja kolejowa w Monako znajduje się w tunelu, jest to taka enklawa we francuskiej sieci kolejowej.

Dzień 12.
Z Monako mieliśmy rzut beretem do Nicei. Tam niestety była ulewa, więc zjedliśmy tylko obiad w tajskiej restauracji i wróciliśmy na dworzec, by zaliczyć obiekt marzeń przez ostatnie 30 lat czyli TGV.
Jechaliśmy podwójnym składem TGV Duplex do Paryża, który przez problemy z zasilaniem sieci zaliczył prawie 1,5h opóźnienia jeszcze do Marsylii. Ale potem jazda 300 km/h bajka. Ten pociąg jest fantastyczny, a tylko malowanie beznadziejne (stare niebieskie było fajne).

Dzień 12.
W drodze z Nicei do Paryża. Do Marsylii TGV jedzie w miarę normalnie, a od Marsylii do Paryża zaczyna się linia wysokiej prędkości.

Dzień 13.
Przez opóźnienie TGV w Paryżu jesteśmy bardzo późno, więc i zwiedzanie zaczynamy nie od samego rana. Tu też śpimy dwie noce.

Dzień 13.
Plan na Paryż był prosty – pojechać pod Notre Dame, a potem spacerem przejść przez Luwr, Pola Elizejskie do Łuku Tryumfalnego, a skończyć dzień pod Wieżą Eiffla. Na WE oczywiście nie mieliśmy czasu, ale wejście na Łuk też jest super, 13 Euro, dzieci za darmo. W ogóle Paryż jest super.

Dzień 14.
Kolejnego dnia z paryskiego dworca Gare du Nord ruszamy z przesiadkami do Brukseli. Thalysem da się szybciej, ale nie aż tyle by warto było dopłacać chyba ze 60 Euro do Interraila. Dzięki uprzejmości ochrony mogę też bez szyby zrobić fotkę Eurostara.

Dzień 14.
W pociągu z Paryża do Maubeuge. Ludzi było niewiele, a wagony super wygodne, żadne tam deski do prasowania z naszych polskich. Gdy tylko się dało, Tomek odsypiał w pociągach zarwane poranki i wieczory.

Dzień 14.
W Brukseli mieliśmy jeden nocleg, zostawiliśmy tam bez problemu plecaki i poszliśmy na zwiedzanie.
Najpierw była siedziba Parlamentu Europejskiego, potem siedziba NATO, a potem jeszcze…

Dzień 14.
Atomium w Brukseli. Czyli powiększony 165 miliardów razy kryształ atomu żelaza. Pomysł pierwsza klasa, da się tam wejść na górę, ale my byliśmy już za późno. Stamtąd wróciliśmy do centrum i zrobiliśmy sobie spacer po historycznej części miasta.

Dzień 15.
Rano z Brukseli pojechaliśmy pociągiem Intercity do Amsterdamu. Poza rowerami pachnie ono wiadomo czym 😉

Dzień 15.
Początkowo planowaliśmy być w Amsterdamie do 20 i wracać nocnym IC do Duisburga, a stamtąd nocnym ICE do Berlina. Ale w zamian odwiedziliśmy przyjaciół w Hoorn, do którego też podjechaliśmy pociągiem z Amsterdamu. Hoorn to historyczne miasto, a od niego pochodzi nazwa Przylądka Horn.

Dzień 16.
Pobudkę w Hoorn mieliśmy bardzo wcześnie, tak by o 5 zdążyć na pociąg do Amsterdamu. Stamtąd ruszyliśmy wygodnym niemieckim Intercity do Berlina.

Dzień 16.
W Berlinie byliśmy koło 13:30, po problemach ze skrytkami bagażowymi wybraliśmy się na miasto. A że Berlin to cały czas z tyłu głowy był 5 sezon Homeland i Carrie Mathison ratująca świat na jego ulicach 😉

Dzień 16.
W Berlinie w zasadzie powtórzyliśmy trasę sprzed 6 lat, gdy 4-letni Tomek w koszmarnie zimny styczniowy poranek kompletnie nie chciał współpracować przy zwiedzaniu. Wieczorem ruszyliśmy na dworzec Lichtenberg, skąd mieliśmy pociąg do Kustrin Kietz. Niestety regionalny przewoźnik nawalił, pierwszy pociąg nie przyjechał, kolejny za godzinę zaliczył pół godziny opóźnienia więc…

Dzień 17.
Więc nie zdążyliśmy dojechać do Kostrzyna nad Odrą na czas czyli przed 00:22, więc nasze nocne TLK Świnoujście – Warszawa odjechało… a my zostaliśmy na peronie w środku nocy. Swoją drogą przez Odrę była komunikacja zastępcza, co tym bardziej nie ułatwiało sprawy.

Dzień 17.
Gdy o 00:30 w nocy z niedzieli na poniedziałek zastanawiałem co zrobić, mieliśmy do wyboru kiblować do rana na stacji, albo spróbować dojechać do Gorzowa na poranne (4:44) Intercity do Lublina. Zjedliśmy i napoiliśmy się na stacji benzynowej i przez 1,5 godz. próbowaliśmy złapać stopa. I stał się cud – bo pomógł nam miejscowy Ukrainiec, który nie chcąc żadnych pieniędzy powiedział że zawiezie nas do Gorzowa na pociąg (musiał przejechać w obie strony prawie 100 km i poświęcił w środku nocy 2 godziny). A zrobił to, bo jest wdzięczny Polakom za pomoc jaką otrzymał po wybuchu wojny <3
Na samo Intercity nie było już miejscówek do Lublina, więc jechaliśmy na dziko czyli od Konina do Warszawy na stojąco.

Dzień 17.
Po 9 godzinach jazdy z Gorzowa dotarliśmy do Lublina, jedynie 4 godziny po planowanym czasie przyjazdu z przesiadką w Warszawie. Zmęczenie duże, wrażenia super.
A więcej opisów i przygód w relacjach szczegółowych. Już teraz zapraszam.
