Rowerowa majówka w Karpatach Ukraińskich – część 2

Głównym pytaniem, które nurtowało nas o poranku trzeciego dnia były warunki pogodowe. Nie padało, ale niebo było mocno zachmurzone. Na szczęście jednak w miarę przygotowywania się do wyjazdu z Rybniczanki pogoda zaczęła się nieco poprawiać. Wyjazd planowaliśmy maksymalnie na 8 rano, ale jakoś ciężko było się obudzić i na rowerach ponownie znaleźliśmy się ponad godzinę później. Przed opuszczeniem ośrodka rozliczyliśmy się na nocleg, dostaliśmy ulotki reklamowe i zaproszenie do ponownego przyjazdu.

Stracona godzina dosyć mocno odbiła się nam czkawką w Drohobyczu, gdzie zaczęło już brakować czasu na zaplanowane na trasie obiekty i chwilę chilloutu.

Z Rybnika ruszyliśmy główną (o ile tak można nazwać zwykłą ziemno-kamienistą nawierzchnię) drogą w kierunku Schodnicy. Jeszcze w Rybniku zaliczyliśmy pierwszy podjazd na garb odchodzący od sąsiedniego pasma górskiego, który z obu stron obmywa meandrująca rzeka Stryj. Z wierzchowiny roztaczała się przepiękna panorama na dolinę rzeki, chociaż jej samej nie było widać.

Ruszyliśmy więc w dół tak by wkrótce znów znaleźć się nad rzeką Stryj we wsi Kropiwnik Nowy. Tam przejechaliśmy mostem z prawego na lewy brzeg i dotarliśmy do centrum wsi, mijając po drodze na skarpie pozostałości po XIX-wiecznym pałacu (nie wspomina o nim nawet G. Rąkowski w przewodniku). W Kropiwniku odbiliśmy na krzyżówce w prawo, dalej kierując się na Schodnicę. Droga między miejscowościami formalnie była zamknięta, z uwagi jej budowę/odbudowę – w skrócie szutrowa nawierzchnia była zastępowana asfaltem. Nas jako rowerzystów oczywiście bez problemu przepuszczono, a tam gdzie rozściełacz szedł całą szerokością drogi skorzystaliśmy z kładek nad Oporem (dopływ Stryja) i równoległej ścieżki.

Tak dotarliśmy do Schodnicy, gdzie dotychczas kończył się asfalt na drodze z Borysławia do Turki. Wkrótce po lewej stronie zobaczyliśmy pierwsze ślady tego, po co przyjechaliśmy w tą część Karpat – działający kiwon, mozolnie pompujący z ziemi ropę naftową. Schodnica i okolice Borysławia to dawne słynne galicyjskie zagłębie naftowe, które rozwinęło się pod koniec XIX-wieku. Nie ma tu już co prawda setek wież wiertniczych, ale w terenie można spotkać liczne pozostałości, zwłaszcza kiwony, z których część jeszcze normalnie pracuje. Po drugiej stronie drogi było więcej instalacji, w tym zbiorniki do których pompowana była ropa.

W Schodnicy odbiliśmy w prawo z głównej drogi prowadzącej do Borysławia, by odwiedzić w centrum niezwykłą drewnianą XIX-wieczną synagogę. Niestety, obiekt w ostatnich latach musiał przejść modernizację, która naszym zdaniem zupełnie go popsuła (porównując do starych zdjęć).

Wracając się w kierunku drogi do Borysławia trafiliśmy na dobrze zapowiadającą się restaurację. Zostawiliśmy rowery przy wejściu i zamówiliśmy zestawy obiadowe mimo że było dopiero ok. 11 (widoczny na zdjęciu kosztował 59 hr). Za oknem pogoda próbowała straszyć, pojawiła się jakaś lekka mżawka, ale nie zrobił się z tego większy deszcz.

Po obiedzie załadowaliśmy się na rowery i skrótem bocznymi drogami pojechaliśmy w kierunku wylotówki, mijając po drodze lokalny targ, na którym można kupić liczne pamiątki. Tam też w jednym miejscu było źródło, z którego można było pobrać wodę leczniczą „Naftusię„, której smak (?) sprawdziliśmy potem w Truskawcu.

Z krzyżówki na północy Schodnicy mieliśmy nieco ponad 2 km podjazdu przez las na przełęcz, co pozwoliło na solidne rozgrzanie się mimo dosyć chłodnego dnia. Droga była asfaltowa, ale już nie pierwszej nowości. Z przełęczy mieliśmy dłuższy, bo ponad 3 km zjazd do Borysławia. Zjazd solidny, gdyż oba punkty dzieli ok. 200 m wysokości względnej. O ile na podjeździe zła nawierzchnia nie jest problemem, o tyle na zjeździe bardzo mocno ogranicza osiągnięcie większych prędkości (bezpieczeństwo), a także uniemożliwia nagranie dobrej jakości filmu z kamerki umieszczonej na kierownicy. W lesie jeszcze przed Borysławiem powitał nas kolejny kiwon, których wiele będziemy w tym mieście widzieć.

Przydatną rzeczą, którą zrobiliśmy przed wyjazdem, było sprawdzenie na wikimapii ciekawszych lokalizacji borysławskich kiwonów. Samo miasto leży u podnóża Karpat, a boczne drogi wspinają się co chwilę na otaczające wzgórza, przez co szukanie ich w ciemno z ciężkimi rowerami byłoby mało wygodne. Kiwonów, mniejszych lub większych, czynnych i wyłączonych, w Borysławiu są setki. My wybraliśmy dwa skupiska, zlokalizowane po lewej stronie drogi w południowej części miasta. W pierwszym punkcie trafiliśmy na czynny kiwon, przy którym dyżur pełniła kilkuosobowa załoga. Panowie zapytali po co robimy zdjęcia, ale szybka gadka, że jesteśmy turystami, interesuje nas historia przemysłu naftowego i że promujemy Ukrainę wśród polskich rowerzystów wystarczyła, by nawiązać dobry kontakt. Poprosili tylko, żebyśmy nie podchodzili za blisko do pracujących urządzeń.

Drugie skupisko było nieco wyżej od głównej drogi, więc rowery zostawiliśmy przy bocznej drodze. Kilka czynnych kiwonów, instalacje, rury a nawet beczka z której kijem wyciągnęliśmy trochę czarnego złota – to wszystko to właśnie Borysław. Wspaniałe miejsce by na żywo pokazywać historię, zwykle zapomniane z dala od głównych turystycznych szlaków Ukrainy.

Po obejrzeniu instalacji ruszyliśmy do centrum. Po drodze tu i ówdzie mijaliśmy kolejne kiwony, często stojące w krzakach czy prawie na podwórkach. Minęliśmy skrzyżowanie z pomnikiem Stepana Bandery, gdy po chwili po lewej stronie pojawiła się remiza, a przed nią wóz strażacki, który wzbudził nasze zainteresowanie. Nami z kolei zainteresowały się dwie starsze panie, które po informacji że jesteśmy z Polski, rozpoczęły dłuższą rozmowę, opowiadając historie z dawnych lat, związane z życiem rodzinnym, Polakami w drzewie genealogicznym i obecnej sytuacji w kraju. Po rozmowie pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego i każdy ruszył w swoją stronę.

Chwilę później okazało się, że rower Michała zaczyna pracować niestabilnie. Przyczyną było urwane mocowanie bagażnika z prawej strony, co przy ciężarze sakw było sporym problemem. W takiej sytuacji zawsze pomaga improwizacja, czyli połączenie jednego z drugim kilkoma trytkami. Metoda zadziałała i mogliśmy jechać dalej. Borysławia nie planowaliśmy zwiedzać, nie było już na to czasu, a główny punkt – kiwony, mieliśmy odhaczony. Przy miejskim parku skręciliśmy w prawo by rzucić okiem na małą wystawę dawnego sprzętu wydobywczego, który znajduje się przed wejściem do Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowego. Obok stoi również zabytkowy słup telegraficzny.

Maksymalnie szybko objechaliśmy centrum od wschodu i skierowaliśmy się na drogę łączącą Borysław z Truskawcem. Droga jest dobrej jakości, ale góra – dół, więc nie było to jeszcze koniec górek. Z pierwszego wzniesienia, gdzie minęliśmy witacz miejski, rozpościerała się piękna panorama na miasto i leżące na południu i zachodzie Karpaty. Tuż obok był cmentarz, dosyć nietypowy bo nagrobki wchodziły prawie na jezdnię, a jeden z pomników robił szczególne wrażenie, przedstawiając z obu stron pochowanego tu mężczyznę – prawdopodobnie biznesmena, którego główną pasją było wędkarstwo.

Drogą przez las dotarliśmy do Truskawca, słynnego karpackiego kurortu i uzdrowiska. Miasto ma niezwykłe położenie, gdyż ma zbliżony do okręgu kształt, jest otoczone zewsząd lasem oraz miejską obwodnicą. Charakterystyczne są tu licznie budynki, często wysokie, których rozpoczętej budowy nigdy nie udało się skończyć. Powodują one momentami efekt opuszczonego miasta, zwłaszcza gdy chwilowo na ulicy nie jadą samochody ani też nie ma pieszych. Sercem Truskawca jest duży park pełen nadgryzionych czasem alejek. Wjechaliśmy do niego od zachodu, a im bliżej było do głównego placu/deptaka zdrojowego, tym więcej było ludzi. Sam stan alejek również się poprawiał, widać że podejmowane są próby poprawy jakości przestrzeni. W parku znajduje się również pomnik poświęcony Adamowi Mickiewiczowi.

W północno-wschodniej części parku, w zasadzie w centrum miasta, znajduje się duży plac, otoczony pijalniami wód, gastronomią, pamiątkami i hotelami. Krzysiek szczególnie chciał spróbować słynnej wody „Naftusi„, po którą poszedł do pobliskiej pijalni. Woda ma smak, który trudno opisać, ale język dyplomacji kazałby powiedzieć, że „nie należała ona do naszych faworytów”. Zdecydowanie bardziej do gustu przypadał jednak kwas chlebowy, który wypiliśmy obok straganów, na których podstawowym produktem zakupowym były magnesy.

Czas gonił, bo za 2,5 h musieliśmy być już na dworcu w Drohobyczu, więc nie traciliśmy w Truskawcu więcej czasu. Ruszyliśmy na północ, robiąc jeszcze po drodze pamiątkowe zdjęcia przy nazwie miasta. Droga do Truskawca również jest pełna podjazdów i zjazdów, to ważna i ruchliwa droga, niezbyt przez to przyjemna. Żegnaliśmy się z Karpatami, które zostawiliśmy na południu za plecami. Przy jednej z krzyżówek zajechaliśmy jeszcze do opuszczonego i mocno zrujnowanego kompleksu hotelu Drohobycz.

Wjazd do miasta Brunona Schulza to był ostatni duży podjazd, a potem zjazd na wyjeździe (nie licząc granicy w Rawie). Minęliśmy nieczynną dla ruchu pasażerskiego linię kolejową z Drohobycza do Borysławia, dalej koszary i cmentarz rzymsko-katolicki, po czym skręciliśmy w lewo by odwiedzić ostatnią pozostałość po przemyśle solnym miasta – warzelnię soli.

Warzelnię, a raczej to co jeszcze z niej zostało, tworzy zespół kilku budynków w bardzo różnym stanie technicznym, znajdujących się na zachód od centrum i tuż obok zabytkowej cerkwi św. Jura. Naszym celem była próba obejrzenia tego co zostało i zajrzenie chociaż do jednego z budynków. Po dojeździe na miejsce okazało się, że będzie z tym problem, bo o ile nikt z pracowników nie miał obiekcji przed obejrzeniem tego z zewnątrz, to do środka  bez zgody kierownictwa nie było szans żeby wejść. Mieliśmy zwyczajnego pecha, gdyż pani odpowiadająca za obiekt była w tym czasie na jakiejś komisji podczas inspekcji innych obiektów przemysłowych. Nie było wiadomo kiedy wróci, a my nie mieliśmy czasu żeby czekać. Udało się jednak dostać do niej numer telefonu, co stwarza szansę na wcześniejsze umówienie się na wizytę i oprowadzenie po zakładzie przy innej okazji. Sól, wydobywana tu od setek lat, była widoczna w terenie, udało się także rzucić okiem przez otwarte drzwi, gdzie stały worki pełne tego białego proszku.

Z warzelni podjechaliśmy obowiązkowo do drewnianej cerkwi św. Jura, której wnętrze zdobią przepiękne malowidła. Wejście do cerkwi jest płatne (30 hr), a choć była zamknięta to zaraz po naszym przyjeździe pojawiła się pani która zarządza obiektem.

Z cerkwi pod coraz większą presją czasu ruszyliśmy na Stare Miasto, odwiedzając z zewnątrz i w biegu sąsiednią cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Św., willę gestapowca Felixa Landau przy ul. Tarnawskiego 14, gdzie Schulz wykonał słynne malowidła ścienne (obecnie w Izraelu) oraz dom w którym mieszkał przy ul. Drohobycza 12. Tak dotarliśmy do dzwonnicy sąsiadującej z najważniejszą świątynią miasta – kościołem farnym pw. Wniebowzięcia NMP, a dalej na Rynek, w którego centrum wznosi się Ratusz. Do pociągu została godzina, a przed nami było jeszcze zjedzenie czegoś na ciepło, zrobienie zakupów i dojazd do oddalonego od centrum dworca kolejowego.

Pierwszy był obiad – objechaliśmy Rynek, ale nie było tam nic interesującego. Jednak w bocznej uliczce tuż obok znalazła się mała restauracja, gdzie obiecano nam dosyć szybko podać zestawy obiadowe (po 45 hr). Rowery zostały przed wejściem, a czekając na jedzenie uzyskaliśmy potrzebną informację o lokalizacji najbliższego dużego marketu. Po jedzeniu pędem na rowery i do sklepu, który był po przeciwnej stronie ulicy Orłyka, obok Wielkiej Synagogi, wspaniałego zabytku z połowy XIX wieku, największej synagogi w Galicji Wschodniej. Synagoga po latach degradacji została w ostatnim czasie odremontowana, jednak jej ekspozycję zaburza mocno chaotyczna i pełna reklam okolica. Zrobienie zakupów w Drohobyczu było koniecznością, przesiadka we Lwowie była zbyt krótka, by myśleć o pojechaniu do jakiegokolwiek większego sklepu, a nie chcieliśmy zostawiać tego na późną porę przy granicy.

Po zrobieniu na zmianę zakupów w sklepie, ruszyliśmy pędem na dworzec kolejowy, do którego mieliśmy 3 km jazdy na wschód. Dotarliśmy tam po niecałych 10 minutach i kupiliśmy bilety na pociąg jadący z Truskawca do Lwowa (27 hr z rowerem). Po chwili pociąg wtoczył się na peron, a my na spokojnie wsiedliśmy do wagonu, gdyż w Drohobyczu elektriczka zmienia kierunek jazdy. O 17:09 ruszyliśmy w kierunku Stryja, mając do Lwowa prawie 2,5 h jazdy. Zrobiliśmy pa pa Karpatom, które były w oddali na południu, w Stryju zmieniliśmy kierunek jazdy i zgodnie z planem o 19:36 dotarliśmy na dworzec podmiejski we Lwowie.

Pociąg do Rawy Ruskiej miał odjazd za nieco ponad godzinę, więc wypiliśmy jeszcze ostatni kwas chlebowy, kupiliśmy dodatkowe chrusty w sklepie i pojechaliśmy na dworzec główny. W kasie podmiejskiej za 21 hr nabyliśmy bilety do Rawy Ruskiej i poprowadziliśmy rowery na peron. Wagony do Rawy Ruskiej już stały, ale skład był zamknięty. Zależało nam bardzo, żeby ponownie znaleźć się na końcu składu i w spokoju przewieźć tam rowery. W międzyczasie odprawiliśmy skład ze Lwowa do zakarpackiego Sołotwyna, a także pociąg do przygranicznego Czopu, mającego w składzie wagon bezpośredni z Kijowa do Wiednia.


Odjazd się zbliżał i wreszcie otworzono wagony, udało nam się też zgodnie z planem zająć końcowe miejsca. Tyle że godzina odjazdu minęła, a skład dalej nie miał lokomotywy. Wreszcie przyjechała, jedna z kilku spalinowych manewrówek operujących na lwowskim dworcu. Z opóźnieniem ok. 10 minut tuż po 21:00 ruszyliśmy w kierunku granicy. Skład miał średnią frekwencję, a im bardziej oddalaliśmy się od Lwowa, tym pasażerów ubywało. W końcu nastała noc, a w składzie zrobiło się luźno i cicho, oprócz powolnego stukotania kół wagonu. Za oknami była noc, jedynie niektóre stacyjki oświetlało słabe światło. Na stację w Rawie Ruskiej dotarliśmy nieznacznie po czasie, a po szybkim rozładunku rowerów ruszyliśmy najszybciej jak się da w kierunku przejścia granicznego.

Ten dzień zakończył się pokonaniem 54 km na rowerze.

Kolejka do odprawy była długa, ominęliśmy ją szybko, ale ryzyko ponownych problemów na przejściu wisiało nad głową. Wisiało i nie ominęło, bo od razu po dojechaniu pod szlaban powiedziano nam, że rowerem nie przejedziemy. Zaczęliśmy rozmowę, że się dało i dlaczego ma się nie dać. Strażnik spróbował pomóc, bo zadzwonił gdzieś wyżej, próbował wstawić się po naszej stronie, ale niestety bez efektów. Nie było szansy, musieliśmy znów szukać busa, który przewiezie nas przez granicę. Poszliśmy więc i po kolei pytaliśmy się kierowców czy jest taka szansa. W większości busów nie było miejsca, niektórzy nie chcieli się podjąć tego zdania. Po przejściu może 200 m udało się w końcu trafić kogoś, kto mógłby pomóc. W międzyczasie jednak pojawiła się nadzieja na samym początku kolejki, bo kierowca busa który jechał z żoną powiedział, że dałby radę wziąć dwa rowery, a trzeci do jakiegoś znajomego kierowcy busa, który stał na pasie obok. Ja wsiadłem do tego drugiego, Michał i Krzysiek razem do pierwszego.

Po jakimś czasie kolejka ruszyła, mój bus pojechał jako pierwszy, chłopaki jakiś czas później. Mozolnie przemieszczaliśmy się przez ukraińską odprawę i podjechaliśmy do polskiego szlabanu. Było już późno, a dużą niewiadomą było czy odbierzemy tego wieczora samochód. Obiecaliśmy, że będziemy przed północą (pomiędzy przyjazdem pociągu a północą było ponad 1,5 h), ale ten scenariusz nie zakładał problemów na granicy. Północ minęła, a przed nami była jeszcze polska odprawa. Na niej to okazało się, że nasze służby są mocno zaskoczone, że z rowerem nie można przez granicę, skoro nie było z tym problemów.

Ostatecznie po 3 godzinach na odprawie wjechałem pierwszym busem do Polski. Była godzina 1:30 w nocy, na dworze niezła mgła i dosyć chłodno. Podziękowałem za pomoc i wyskoczyłem z busa tuż za szlabanem, bo nie było wiadomo co robić. Czy iść do baru coś zjeść i przeczekać do rana, czy próbować o takiej porze jednak odebrać samochód. Podczas gdy chłopaki dalej byli na granicy, wybrałem opcję 2, czyli pojechanie na parking. Okazało się, że na dole w jednym z okien domu świeciło się słabe światło, lekko pukam ale nikogo nie widzę. Pukam głośniej, mijają może ze 2 minuty i pojawia się jakiś ruch, aż wreszcie ktoś otwiera drzwi. Nie była to nasza pani, ale pan który dyżurował w nocy. Chwilę pogadaliśmy, rozliczyłem się za parking (wyszło 15 zł razem) i dałem znać chłopakom, którzy dosłownie chwilę później podjechali busem pod bramę. Już za bramą, żeby nie trzymać właścicieli, załadowaliśmy rowery na dach, sakwy do bagażnika i około 2 w nocy ruszyliśmy do Lublina.

Podróż była ciężka, noc, mgła, niewyspanie, mały ruch i długie proste. Po drodze stawaliśmy 5 razy na orzeźwienie na powietrzu, kawę, colę i cokolwiek co mogło pomóc w zachowaniu koncentracji na drodze. Do Lublina dotarliśmy we wtorek o 4:30 rano, gdy było już jasno.

Łącznie podczas wyjazdu na rowerach pokonaliśmy niecałe 114 km.

Pierwsza część relacji znajduje się tutaj.

Pełna i bogatsza fotorelacja obejmująca zdjęcia ze wszystkich aparatów znajduje się na forum Skyscrapercity.

Aleksander Wiącek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *