Rowerowa majówka w Karpatach Ukraińskich – część 1

Im więcej czasu mijało od ostatniego wyjazdu na Ukrainę, tym bardziej odczuwaliśmy potrzebę, żeby tam znów pojechać, oczywiście z rowerami. Mając do dyspozycji nieco ponad dwa dni (12-14.05) rozważaliśmy kilka koncepcji tras, jedna obejmowała Wołyń, inna rejon Krzemieńca i Oleska, a kolejne Karpaty nawet ze Siankami. Ostatecznie, przez limit czasu i trudności w dopasowaniu się do rozkładu jazdy pociągów zrezygnowaliśmy z Wołynia i Sianek, a zdecydowaliśmy się na pętelkę po bliższych Karpatach, od Skola do Drohobycza. Wybór, jak się okazało całkiem niezły.

Skład nasz liczył trzy osoby: Krzysiek, Michał i piszący tą relację Aleksander.

Po zebraniu się i załadowaniu trzech rowerów ruszyliśmy z Lublina przez Zamość do Hrebennego. Tam od razu skierowaliśmy się na parking (na górce, po prawej stronie zaraz za wjazdem na starą DK17), gdzie już w poprzednim roku zostawialiśmy samochód (5 zł/dobę). W ciągu kwadransa zapakowaliśmy się z sakwami na rowery, pożegnaliśmy z właścicielką parkingu i podjechaliśmy pod szlaban graniczny.

Szlaban przejechaliśmy bez zatrzymania i minąwszy kolejkę samochodów stanęliśmy w oczekiwaniu na pozwolenie, by wjechać na punkt polskiej odprawy. To nie nastąpiło od razu, gdyż akurat trafiliśmy na zmianę służb granicznych. Po zezwoleniu podjechaliśmy do okienka i nic nie wskazywało na jakieś problemy. Niestety okazało się że jest problem i po kilkunastu minutach zanosiło się, że dalszą jazdę będziemy kontynuowali tylko we dwóch z Krzyśkiem. Michał musiał się wrócić do Polski, ale od razu zaczęliśmy myśleć co zrobić, żeby był w stanie do nas dołączyć przed odjazdem pociągu w Rawie Ruskiej.

My z Krzyśkiem po odprawie paszportowej ruszyliśmy dalej, zatrzymując się przed szlabanem ukraińskim. I tu kolejny postój, bo tym razem trafiliśmy na zmianę służb ukraińskich. Czekamy i czekamy, słońce coraz niżej nad horyzontem więc robi się chłodniej. Pytam w budce czy możemy przejechać, ale słyszę że za góra 10 min. przyjdzie zmiana i pojedziemy. Więc czekamy… I po czekaniu zaczęły się problemy, które po raz pierwszy uniemożliwiły nam przejazd rowerem przez granicę. Pogranicznik, który przyszedł na zmianę stwierdził kategorycznie, że rowerami nie przejedziemy, bo nie wolno. Zdarzało się wcześniej, że ktoś miał wątpliwości, ale tutaj problemem był całkowity brak wątpliwości i przekonanie że nie wolno. Rozmawiamy więc, tłumaczymy i nic. Dawne „odyn welosyped” na talończyku nie pomaga. Strażnik gdzieś zadzwonił i potwierdził, że nie wolno i że musimy szukać sobie busa lub samochód. Założyliśmy że to po prostu przypadek i bez większych emocji zaczęliśmy szukać busa. Szczęście że w kolejce było ich trochę i po chwili ładowaliśmy już do jednego rowery.

Busem podróżowała czwórka Ukraińców, a pojazd był pół-towarowy, więc zmieściły się i rowery i my do środka. Przejazd samochodem, a nie rowerem gwarantował, że na granicy zejdzie nam dłużej niż planowaliśmy, ale przynajmniej nie musieliśmy nocować w strefie niczyjej 😉 Posuwając się mozolnie razem z kolejką przeszliśmy obie odprawy, zarobiliśmy kolejne pieczątki do paszportu i już w całkowitych ciemnościach opuściliśmy przejście graniczne. Razem na obie odprawy, zmiany służb, problemy po stronie polskiej i przejazd busem poświęciliśmy praktycznie 3 godziny – dużo, biorąc pod uwagę że szybkie przekraczanie granicy na rowerach trochę nas rozleniwiło. Był jeszcze jeden minus – planowaliśmy na Ukrainę wjechać jeszcze za dnia, żeby objechać bunkry linii Mołotowa na wschód od głównej drogi i sprawdzić stan torów linii kolejowej z Rawy Ruskiej do granicy (dalej Hrebennego). Po nocy nie miało to już sensu.

Kierowca naszego busa podrzucił nas na górkę, gdzie po prawej stronie drogi ciągnie się szereg budek, w których można kupić ubezpieczenia, wymienić walutę, czy nabyć karty telefoniczne. Zatrzymaliśmy się przy jednej z nich, którą prowadził jego ojciec. Wyładowaliśmy rowery, po czym wymieniliśmy pieniądze (po kursie 100 zł – 720 hr; sam kurs był chyba 705-733) oraz nabyliśmy ukraińskie karty Kyivstar. Kupiliśmy pakiety z Internetem 3GB i opcją tanich połączeń do Polski. Łącznie zapłaciliśmy 150 hr (45 hr starter i 105 hr doładowanie, ważne miesiąc). Dostaliśmy także namiar na nocleg w Skolu, ale z uwagi na napięty harmonogram nie było możliwości z niego korzystać.

Gdy razem z Krzyśkiem żegnaliśmy się z właścicielem punktu, Michał był już w Tomaszowie Lubelskim i czekał na przesyłkę która w trybie pilnym jechała z Lublina. Kilka kilometrów drogi do Rawy Ruskiej to długi zjazd, więc szybko znaleźliśmy się w centrum. Plan był taki, żeby coś zjeść i posiedzieć, skracając czas oczekiwania na pociąg, ale wszystko było już zamknięte lub właśnie się zamykało, łącznie z naszą restauracją Kozak przy rynku, gdzie byliśmy w sierpniu rok wcześniej.

Niespiesznie podjechaliśmy więc na dworzec kolejowy w poszukiwaniu czynnej poczekalni. Poczekalni nie było, nie było też ławek na zadaszeniu pod peronami. Ale były za to trzy wagony, składające się na dwa pociągi – jeden do Lwowa, drugi do Sokala. Stoimy i myślimy co robić, po czym Krzysiek rzucił:

a idź spróbuj pogadać, czy by nie można w pociągu poczekać do odjazdu?

Koncepcja o tyle była pociągająca, że owe wagony okazały się być starymi plackartami, wycofanymi z tras dalekobieżnych na linie lokalne. Plackarta równała się wygodnym łóżkiem i ciepłem, zamiast koczowania gdzieś pod namiotem w okolicy. Oznaki życia zaobserwowałem w wagonie do Sokala, idę i stukam, pojawia się konduktor, więc pytam, czy da radę. Powiedział, że on jedzie do Sokala więc nie, ale że w wagonach do Lwowa jest konduktor i żeby spróbować. Fajnie, ale gdzie ten konduktor? Skład ciemny, nikogo nie widać. Obchodzę dookoła, stukam w blachę (peronu brak, wagon wysoki, a okno daleko). Po paru minutach stukam głośniej i wreszcie pojawia się jakieś życie, otwierają drzwi a w nich zaspany prowadnik. Pyta o co chodzi, mówię, że my z rowerami, do Lwowa, i że skoro wagony tam jadą to byśmy chętnie w nich przeczekali. Pomyślał… i się zgodził.

Rozpoczęliśmy ładowanie rowerów, z takiego poziomu nie jest to łatwe, ale czasu mieliśmy w bród. Prowadnik polecił, żebyśmy poszli na sam koniec składu, tak też zrobiliśmy. Mieliśmy prawie cały wagon dla siebie, prawie bo jeszcze ktoś inny także w nim spał. Za fatygę i obudzenie odwdzięczyliśmy się drobnym datkiem. Na koniec prowadnik poprosił, że jak przyjedzie nasz kolega, żebyśmy mu sami otworzyli drzwi i klapę. Było więc nieźle, do odjazdu kilka godzin, mamy pusty wagon, miejsca leżące i ciepło w środku. Próbowaliśmy to wykorzystać, ale o długim spaniu raczej nie było mowy, czekaliśmy także na informacje od Michała, który był już z powrotem na granicy.

Około godziny 3:30 w nocy, ze bezpiecznym zapasem dojechał Michał. Udało mu się skorzystać z pomocy Ukraińca, który jechał busem do Tomaszowa, a potem wracał niedługo na Ukrainę. Nocny stop się udał, a rower na ten czas został u pani na naszym parkingu.

Gdy nadeszła godzina 4:28, nasz pociąg powoli ruszył w kierunku Lwowa. Bilety kupiliśmy u pani chodzącej z kasą – po 20 hr/os (razem z rowerem). Planowo tą trasę pociąg pokonać miał w około 3,5 godziny, ale niestety z upływem kilometrów okazywało się, że ma coraz większe opóźnienie. Dla nas był to problem, bo we Lwowie mieliśmy przesiadkę i tylko 52 min czasu na nią. Ale zanim doszło do przesiadki, w wagonie zaszła potrzeba podtrzymania przyjaznych kontaktów polsko-ukraińskich. Trójka chłopaków jechała do Lwowa, dwóch do pracy, jeden dla towarzystwa. Jeden z nich miał urodziny, a wszyscy razem flaszkę wódki i bimber w plastiku. Krzysiek z Michałem spali, więc ktoś musiał reprezentować grupę. Konieczność całego dnia jazdy była ratunkiem (ty sportsmen rozumiju) przed ciężkim piciem o 5 nad ranem 😉 Skończyło się na kameralnych trzech kolejkach i głośnych dyskusjach, których poziom rósł w miarę zmniejszania się poziomu alkoholu w butelce.

Gdy mijaliśmy Żółkiew było już jasno, a przed nami były serpentyny i wzgórza Roztocza, znajdujące się przed Brzuchowicami i Lwowem. Chłopaki w końcu zasnęli, ale poprosili by ich obudzić przed samym Lwowem. My natomiast z pewnym niepokojem parzyliśmy na zegarek – o 7:42 odjeżdżał pociąg w Karpaty, a tu 7:20, 7:25, 7:30… a my dalej w pociągu z Rawy! Wreszcie pojawił się dworzec główny we Lwowie, a tu jeszcze trzeba się wypakować i załadować sakwami. W biegu zaczynamy nosić rzeczy na przód wagonu, jednocześnie budząc przez dobre 5 min. moich lokalnych kompanów.

Jest 7:35 a my jeszcze na peronie, w pędzie zapinamy sakwy i gazem po schodach w dół, dalej tunelem i przez halę dworca wypadamy na Plac Dworcowy. Każdy gaz do dechy, ale każdy kto był na nim wie, jaką nawierzchnię ma tam droga. W efekcie Michał gubi jeszcze sakwę. Do odjazdu 3 minuty a my gnamy po Gródeckiej. Jest dobrze, widać już dworzec podmiejski, wpadamy na peron minutę przed odjazdem. 900 m z peronu jednego dworca na drugi w mniej niż 5 minut.

Na boku pociągu do Mukaczewa widzimy znaczek roweru – pamiętamy, że to ten skład w którym 2 lata wcześniej zrobiono przedział rowerowy. Ale wagonu rowerowego nie ma, są zwykłe siedzenia. W wagonie spotykamy rowerzystę ze Stryja, który razem z córką wracał z pętli w rejonie Przemyśla. Pytamy o co chodzi – mówi, że przedział rowerowy zlikwidowano po odejściu Wojciecha Balczuna, bo policzono, że więcej zarobią na siedzeniach niż rowerach. Trudno komentować tą dziwną decyzję, skoro w pociągu poza nami było jeszcze trochę rowerzystów jadących w Karpaty.

Bilety do Skola kupujemy u prowadnika, tym razem jest to 30 hr (20 hr bilet i 10 gr rower). Jedziemy pociągiem przyspieszonym, który staje tylko na wybranych stacjach, więc po godzinie widzimy już Karpaty, a w Skolu wysiadamy o 9:17. Jest piękny rześki poranek, niebo bezchmurne, temperatura odpowiednia. Wypakowujemy się na peron, ładujemy sakwy na rowery i ruszamy w zaplanowaną trasę.

Sama trasa biegła ze Skola zasadniczo na północ, a potem na północny-zachód, ale najpierw cofnęliśmy się nieco na południe by zobaczyć bardzo ładny eklektyczny Pałac Groedlów z końca XIX wieku, otoczony niedużym parkiem. Od nazwy miasta pochodzi także pasmo górskie Beskidów Skolskich, których część jest objęta Parkiem Narodowym.

Z Pałacu pojechaliśmy już zgodnie z planem główną drogą M06, będącą po świeżej przebudowie. Nowy asfalt sprzyjał dużym prędkościom pojazdów, ale ruch nie był strasznie duży. Minęliśmy Skole obwodnicą, ale niedługo potem zrobiliśmy pierwszy postój. Zaraz za miastem po lewej stronie ukazał się strzelisty pomnik zwany Trembita (lub Trombita), którego nazwa pochodzi od długich trąb pasterskich. Nad dolnym elementem ludowym wznosi się stosunkowo nowa rzeźba Michała Archanioła, znajdująca się także w herbie miasta Skole. Wcześniej w tym miejscu była rzeźba radzieckiego żołnierza z karabinem, usunięta po Euromajdanie.

Po drugiej stronie ulicy na straganach zrobiliśmy zakupy pamiątek (magnesy), a sprzedawczyni poradziła by odwiedzić pobliski Wodospad Kamionki. Niestety znajdował się on w przeciwnym kierunku do naszej marszruty, 4 km od drogi, na co nie mieliśmy czasu. Po kilku kilometrach jazdy opuściliśmy dolinę rzeki Opór oraz główną drogę, skręcając w lewo w kierunku Twierdzy Tustań (zgodnie ze znakami). Czterokilometrowy łącznik początkowo był z nowego asfaltu, a później z typowego dla bocznych dróg, mimo to jechało się nieźle. Wyjechaliśmy na nieduży garb, z którego rozpościerała się bardzo ładna panorama na Beskidy Skolskie, Karpaty Brzeżne, doliny Oporu i Stryja.

Pierwszą wsią był Korczyn, położony nad brzegiem rzeki Stryj, gdzie wjechaliśmy na główną drogę Synowódzko WyżneUrycz. Droga została niedawno przebudowana i na całej długości aż do Muzeum Tustań ma nową i równą nawierzchnię. W Korczynie zapragnęliśmy zrobić przerwę w jednym z licznych mini-sklepów, które na Ukrainie znajdują się często w zwykłych barakach lub innych zaadoptowanych pomieszczeniach. Wzięliśmy po 0,5 litra kwasu na głowę i wrzuciliśmy w siebie nieco kalorii. Przerwy pod lipą nie można było przeciągać, gdyż na horyzoncie od wschodu zaczęły pojawiać się coraz liczniejsze chmury.

Jechaliśmy dalej normalnym tempem, mając cały czas po prawej stronie rzekę Stryj. Na tym odcinku Stryj płynie leniwie szeroką doliną, pełną skał przyniesionych z wyższych partii Karpat. Po drodze spotkaliśmy się z kilkoma wycieczkami, mającymi przerwę nad rzeką, a kierującymi się do głównej atrakcji – Twierdzy Tustań. Minęliśmy Kruszelnicę i dotarliśmy do Podhorodców, mając na liczniku 25 km, czyli połowę dystansu tego dnia.

W Podhorodcach na kilka godzin opuściliśmy rzekę Stryj, i po 4,5 km dojechaliśmy do końca asfaltowej drogi w Uryczu. Miejsce to jest lokalnym węzłem, jadąc dalej po szutrowej drodze można dotrzeć do Schodnicy, a w górę po 800 m wyboistej i stromej drogi do Twierdzy Tustań. Przy krzyżówce na wzniesieniu znajduje się drewniana cerkiew pw. św. Mikołaja z 1910 roku, a poniżej niej – Muzeum Tustań. Są też sklepy: z pamiątkami oraz spożywczy.

Gdy siedzieliśmy w sklepie pijąc kwas, po raz pierwszy pojawił się lekki deszcz. W wielkim pocie wyjechaliśmy na górkę, z której było już prosto do parkingu przy Twierdzy. Po drodze nie spotkaliśmy żadnych obiektów gastronomicznych, ale przy Twierdzy z głodu umrzeć się nie da. Ponieważ pogoda była w kratkę i co chwilę przelotnie padało, zaczęliśmy od posiłku, żeby mieć siły na dalszą jazdę. Zamówiliśmy więc po szaszłyku (80 hr) wraz z dodatkami. Po obiedzie wykorzystując przerwę w deszczu, udaliśmy się pieszo do wejścia na teren Państwowego Rezerwatu Historyczno-Kulturowego „Tustań”. Rowery zostawiliśmy pod zadaszonymi stolikami, których obiecały popilnować panie u których zamawialiśmy jedzenie.

Wejście na teren Twierdzy Tustań jest płatne (42 hr), ale nie są to pieniądze zmarnowane. Samo miejsce to efektowne formacje skalne, wśród których w średniowieczu znajdowała się jedna z najważniejszych twierdz regionu. Za czasów Rusi Halickiej był tu zamek drewniany, a później po przyłączeniu obszaru do Polski – murowany. Od końca XVI wieku zamek był już w stanie postępującego upadku. Jego nazwa pochodzi od słów „tu stań”, czyli zatrzymaj się, co dotyczyło obowiązkowego postoju dla przemierzających tą trasę kupców. Na terenie dawnej Twierdzy zorganizowano szlak spacerowy w formie drewnianych, kładek. Z góry rozpościera się natomiast piękna panorama na dolinę, w której znajduje się wieś Urycz. Obok parkingu można kupić pamiątki, pójść na park linowy czy obejrzeć zrekonstruowane różne obiekty historyczne.

Będąc na Twierdzy dopadł nas kolejny raz deszcz. Wróciliśmy do rowerów i po przeczekaniu następnej chmury ruszyliśmy dalej. Plan zakładał powrót do Podhorodców tą samą drogą, mieliśmy więc 5 km szybkiego zjazdu po równej jak stół nawierzchni. Chwilowo deszcz nas oszczędzał, ale tylko chwilowo. W Podhorodcach zrobiliśmy jeszcze zakupy, gdyż nie było pewności jak dalej będzie ze sklepami (była niedziela i coraz późniejsza pora).

Pod koniec miejscowości skończył się asfalt i równa droga – wjechaliśmy na nierówną i pełną różnej wielkości kamieni drogę. Ponownie byliśmy w dolinie rzeki Stryj i ponownie zaczął nas ścigać deszcz. Nie dojechaliśmy nawet do mostu, gdy w szczerym polu dostaliśmy z nieba ścianę wody. Krzaki pod którymi się schowaliśmy nie sprostały nadmiarowi wody. Po pierwszej zlewie ruszyliśmy dalej, przekraczając most na Stryju we wsi Sopot. Tam przyszła kolejna chmura i kolejna dużo dłuższa zlewa. Chłopaki trafili akurat na dom będący w budowie, więc była szansa przynajmniej schowania się pod jakimkolwiek daszkiem.


Po niebie dalej przetaczały się ciemne chmury, przeplatane błękitnym niebem i chwilowym słońcem, czyniąc niezwykłe kolorowe kontrasty, zwłaszcza zieleni łąk i okolicznych lasów. Po minięciu Sopotu droga stała się ścieżką, regularnie zarośniętą z obu stron. Rzekę widzieliśmy jedynie chwilami, lecz bardziej trzeba było zwracać uwagę na kamienie na drodze i liczne kałuże. Deszcz dalej przejściowo padał, ale już nieco mniej intensywnie, więc można było kontynuować jazdę.

Pomiędzy Sopotem a wsią Dołhe zaliczyliśmy kolejny ważny punkt programu – nieukończoną zaporę wodną na rzece Stryj. Z imponującej budowli pozostało sztuczne jezioro, dawne tunele z blokiem pod turbiny elektrowni oraz awaryjny zrzut wody. Początkowo jadąc w gęstych krzakach minęliśmy ten ostatni obiekt, który znajdował się po naszej stronie rzeki, ale temat był warty tego by się nieco wrócić. Chłopaki zostali przy rowerach odpocząć, ja skoczyłem pieszo pod górę by obejrzeć z bliska ten wielki kawał betonu pośród lasu.

Po szybkiej wizycie na górze ruszyliśmy najszybciej jak się da dalej, bo znów zanosiło się na deszcz. Ten jednak nas oszczędził, bo więcej ulew już tego dnia nie było. Minęliśmy wieś Dołhe i wjechaliśmy na szeroką płaską dolinę rzeki, która w myśl inżynierów radzieckich miała znaleźć się na dnie nowego zbiornika wodnego. Na końcu doliny rzeka Stryj robiła kilka ostrych zakrętów, przez co droga ostro musiała wspiąć się ponad dolinę, by zaraz równie ostro opaść w dół. Podjazd był krótki, ale ciężki, więc nie obyło się bez pchania rowerów. Zjazd stromy, ale śliski na rozmokniętej błotnistej drodze.

 

Dotarliśmy do wsi Rybnik, znajdującej się na trasie z Drohobycza do Turki. Było już dosyć późno, więc nie planowaliśmy jechać dalej. Rozważaliśmy spanie w namiocie, ale udało się znaleźć w Rybniku bazę wypoczynku „Rybniczanka”, gdzie za 200 hr/os. w dobrych warunkach dostaliśmy do dyspozycji dwa pokoje (2 os. i 1 os.). Rowery poszły na przechowanie do garażu, pod czujnym okiem wielkiego psa. Pod wieczór skoczyliśmy jeszcze do sklepu po prowiant, wybór nie był duży, a piwo nie było z lodówki. Ten problem rozwiązał się w naturalny sposób – obok drogi płynęła rzeka, którą wykorzystaliśmy jako naturalną chłodziarkę. Dzień zakończył się wynikiem 50 km i pełnym zrealizowaniem programu.

Druga część relacji znajduje się tutaj.

Pełna i bogatsza fotorelacja obejmująca zdjęcia ze wszystkich aparatów znajduje się na forum Skyscrapercity.

Aleksander Wiącek

 

2 Comments:

  1. Super wycieczka, świetna relacja. Tylko szkoda, że nie mogłem być z Wami 🙂

  2. Wszystkie miejsca, które rozważaliście odwiedzić są warte tego. Przez Karpaty rowerem jechałem raz gdy wracaliśmy z 10 dniowego wyjazdu do Rumuni. Ale to było dawno i myślałem, że już nikt tak nie jeździ. A jednak. Bardzo ciekawa relacja. Gratulacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *